Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 października 2011

Szczegółowa relacja

Zapraszam do lektury szczegółowej relacji z wyprawy Camino Grande autorstwa Michała:
    Francja: 
Dzień 1. i 2.       Dzień 3.      Dzień 4.      Dzień 5.      Dzień 6.      Dzień 7. i 8.
Dzień 9.             Dzień 10.    Dzień 11.    Dzień 12.    Dzień 13.    Dzień 14.

     Hiszpania:
Dzień 15.          Dzień 16.     Dzień 17.     Dzień 18.     Dzień 19.   
Dzień 20.          Dzień 21.     Dzień 22.     Dzień 23.

    Portugalia:
Dzień 24.         Dzień 25.      Dzień 26.     Dzień 27.      Dzień 28.       Dzień 29. i 30.

środa, 5 października 2011

Dzień 14.: Lourdes - Biarriz

Francja
162 km

Rano po Mszy św. i śniadaniu jedziemy do sanktuarium. Zwiedzamy wszystko, modlimy się i ruszamy w kierunku oceanu. Wyruszamy późno, bo dopiero o 12:00, a dziś planujemy pokonać najdłuższy odcinek dzienny. Na szczęście droga prowadzi prawie cały czas w dół, choć lekko pod wiatr. Jedziemy ze średnią prędkością na długim dystansie 23 km/h. Robimy długie skoki po 50 km. W Billère zajeżdżamy do pizzerii, która jest akurat otwarta, ale właśnie zamknięta, tzn. nie przyjmuje zamówień. Jedziemy więc dalej i w Lons  (za Pau) jemy w Macu. Zaraz obok wpadamy do Decathlonu na szybkie zakupy. Okazuje się, że mimo święta narodowego, wszystkie duże sklepy są otwarte, więc niepotrzebnie kupowaliśmy wczoraj jedzenie na zapas. Po kolejnych 50 km robimy godzinny postój w Ramous przy torach kolejowych. Za Peyrehorade zjeżdżamy z głównej drogi i jedziemy uroczą trasą wzdłuż rzeki Gaves réunis i Adour. Po 125 km robimy ostatni dłuższy odpoczynek na brzegu. Późnym wieczorem dojeżdżamy do Bayonne. Pora rozglądać się za miejscem do spania. W tych poszukiwaniach przejeżdżamy Anglet i docieramy do Biarriz. Ciężko znaleźć kawałek placu na dziki biwak. Na camping nas nie wpuszczają, bo jest już za późno i pani zajmuje się obsługą baru. Krążenie nocą po mieście kończy się pomyślnie. Znajdujemy zaciszne miejsce do spania na parkingu przy małym jeziorku Lac Marion. Parking jest otoczony wysokim żywopłotem, więc możemy się rozkładać poza widokiem przechodniów. Nad ranem okazuje się, że oprócz nas jeszcze trzech innych kierowców wybrało ten parking na swój nocleg. Tego dnia przejechaliśmy najdłuższy odcinek - ponad 160 km! A przecież wyjechaliśmy dopiero w południe.


Trasa rowerowa 1158040 - powered by Bikemap 

Dzień 13.: Auch - Lourdes

Francja
98 km

W nocy pada deszcz. Na szczęście śpimy pod dachem. Ale niestety rano nie przestaje i ruszamy w deszczu. Na początku są małe górki, a potem cały czas po płaskim, choć pod górę. Ciężko się jedzie w deszczu. W Mirande po 30 km robimy postój w centrum miasteczka pod arkadami. Gotujemy wodę i pijemy kawę/herbatę, żeby się rozgrzać, bo oprócz tego że pada, jest też chłodno. W miasteczku trwają przygotowania do jutrzejszego święta narodowego. Choć droga prowadzi lekko pod górę, to jedziemy dobrym tempem i już ok. 15:00 jesteśmy w Tarbes po przejechaniu 75 km. Deszcz przestaje padać, choć tego dnia jeszcze nas mocno zmoczy. Zatrzymujemy się na krótki obiad w Macu. Potem już tylko 20 km i o 17:00 jesteśmy na przedmieściach Lourdes. Przed miastem znowu zaczyna padać i to bardzo obficie, czyli oberwanie chmury. Ponieważ jutro jest dzień świąteczny, robimy zakupy na zapas w Leclercu - na dzisiejszą kolację i na cały kolejny dzień. Dziś mamy nocleg w domu Polskiej Misji Katolickiej na obrzeżach miasta. Wieczorem po Mszy jedziemy busem do sanktuarium na procesję światła.


Trasa rowerowa 1158024 - powered by Bikemap 

wtorek, 4 października 2011

Dzień 12.: Cahors - Auch

Francja
135 km

Zgodnie z planami wstajemy przed świtem, tzn. o 5:30 i szybko już o 6:00 ruszamy w drogę. Przejeżdżamy przez urokliwe, śpiące miasto Cahors. Jest chłodno i wszystko wskazuje na to, że upałów dziś nie będzie. Tuż za miastem na rozwidleniu dróg robimy postój śniadaniowy, przyglądając się słońcu wschodzącemu nad wysokim kolejowym wiaduktem. Pierwsze 50 km do miejscowości Lafrançaise jedziemy po ostrych wzniesieniach. Po drodze zatrzymujemy się na chwilkę obejrzeć kościół w Castelnau-Montratier. Za Lafrançaise decydujemy się na postój obiadowy i leżakowanie nad rzeką Tarn. Opieram rower o spróchniały pień drzewa i wyciągam mój jaskrawy czerwony śpiwór do suszenia. Nie zauważam, że w drzewie jest gniazdo os, które wylatują całą eskadrą, by bronić swojego terytorium przed intruzami. Krótka walka kończy się trzema użądleniami - ja dwa razy (w głowę i w kostkę) i Iwona raz. Na szczęście poza bólem i obrzękiem nie ma większych konsekwencji. W związku z przeżyciem silnego szoku postanawiamy dłużej odpocząć, choć dzień nie jest upalny.

Po przejechaniu rzeki Tarn krajobraz wypłaszcza się i wzrasta tempo naszej jazdy. Formujemy peleton i pędzimy z dobrą prędkością przez 50 km. Słońce wychodzi na moment zza chmur, ale szybko znika. Planujemy dojechać do Auch. Kiedy wydaje się, że cel jest już blisko, za Mauvezin zaczyna się męczarnia. Profil drogi z płaskiej prostej zmienia się w grzebień. Jedziemy ostro w górę, żeby po chwili szybko zjechać. I tak przez cały czas. Niektóre podjazdy są tak strome, że trzeba wprowadzać rowery. To strasznie męczące, tym bardziej, że mamy za sobą ponad 100 km. Jesteśmy głodni, zmęczeni i marzymy tylko o noclegu. Dojeżdżamy do Auch w chwili, gdy zaczyna kropić. Po chwili lekki deszcz zmienia się w szaloną burzę, ale my na szczęście jesteśmy już pod dachem. Nocujemy na campingu, ale nie rozbijamy namiotów. Miła pani gospodarz, która przyzywamy przez telefon, pozwala nam spać pod wiatą przy campingowym barze. Poza tym, że nie pada nam na głowę, to mamy na całą noc kontakty i można podładować wszystkie baterie (telefon, GPS, aparat, MP3).



Trasa rowerowa 1158012 - powered by Bikemap 

Dzień 11.: Argentat - Cahors

Francja
113 km


Pobudkę robimy o 8:00 i o 9:30 wyjeżdżamy. Świeci słońce! Cieszymy się, ale gdy później temperatura w cieniu zbliży się do 40 stopni, nie będziemy już tacy zadowoleni. Jedziemy doliną rzeki Dordogne, a więc jest płasko i lekko w dół. Góry chronią nas od wiatru, więc pędzimy naprawdę szybko, a dokoła podziwiamy przepiękne widoki. Obok nas płyną od czasu do czasu kajakarze. W Brivezac zatrzymujemy się na chwilę w uroczym romańskim kościółku z XII wieku. Potem w Bretenoux oglądamy stare drewniane domy i uzupełniamy zapasy wody ze starej studni. Po niecałych 40 km kończy się sielanka i rozpoczyna się poważny podjazd - 270 m za jednym zamachem. Upał nie jest naszym sprzymierzeńcem, szukamy więc miejsca w cieniu na dłuższy postój. Zatrzymujemy się w sadzie otoczonym kamiennym murkiem na Mszę i leżakowanie. Towarzyszy nam głośne cykanie cykad.

Dalej w upale jedziemy do Gramat. Trochę krążymy po mieście, żeby znaleźć sklep, żeby zrobić codzienne zakupy. Niektóre uliczki są tak strome, że musimy zejść z siodełka i prowadzić rowery. Upał robi się nie do wytrzymania, więc po przejechaniu kilku kilometrów górzystą trasą robimy kolejny długi odpoczynek w cieniu pod drzewami. Ruszamy dopiero po 18:00, a na liczniku dopiero 64 km. Na szczęście przed nami jeszcze tylko kilkanaście km męczarni po wzniesieniach. W Labastide-Murat robimy jeszcze krótkie zakupy na kolację. Podczas naszych zakupów rower Grześka otrzymuje znienacka cios drzwiami do sklepowego zaplecza i pada z łoskotem na francuski bruk. Pierwsze oględziny są optymistyczne i dopiero na trasie ujawnia się skrzywienie łańcucha. Łańcuch zostaje skrócony o jedno ogniwo i można jechać dalej. Gdy upał odchodzi wraz z zachodzącym poetycko słońcem, jazda robi się bardzo przyjemna. Tym bardziej, że ostatnie 33 km tego dnia będziemy jechać tylko w dół, z czego ostatnich 5 km to szaleńcza jazda z prędkościami powyżej 50 km/h w zapadających powoli ciemnościach. Na szczęście słońce w tej szerokości geograficznej i o tej porze roku zachodzi po 21:30, więc dzień jest długi. W tak pięknych okolicznościach przyrody zajeżdżamy nocą do Cahors. Miasto jest bardzo ciekawie położone na półwyspie utworzonym przez zakole rzeki Lot. Jedziemy w ciemno nad rzekę, by znaleźć miejsce na dziki nocleg. Za torami kolejowymi znajdujemy od razu idealną miejscówkę. Walające się śmieci wskazują, że miejscowi lubią tu imprezować. Po szybkiej kąpieli w rzece w egipskich ciemnościach kładziemy się na trawie do snu bez rozbijania namiotów. Jutro postanawiamy wstać przed świtem, by jak najdłużej jechać przed nastaniem męczącego upału.


Trasa rowerowa 1158011 - powered by Bikemap 

Dzień 10.: Pontgibaud - Argentat

Francja
140 km

Ranek znowu zaczyna się deszczowo. Jedziemy bardzo ładną trasą, podziwiając z daleka wulkany, w tym najsłynniejszy Puy de Dôme - symbol regionu Owernia. Znowu wjeżdżamy na wysokość ponad 900 m npm. Po 30 km koło La Cabane robimy pierwszy postój na eleganckim parkingu leśnym. Są stoliki, jest śmietnik, chciałoby się jeszcze kranu z wodą. Droga jest kręta i górzysta. Tego dnia zrobimy w sumie ponad 1300 m podjazdów.

Po południu pogoda się poprawia i nawet wychodzi słońce. Obiad jemy w Macu, choć Staszek nie jest z tego powodu zadowolony. Na koniec dnia czeka nas bardzo miła niespodzianka: zjazd o różnicy wysokości 360 m jednym ciągiem! W blaskach zachodzącego słońca pędzimy w dół na złamanie karku, hamując gwałtownie na ostrych zakrętach. Szukamy noclegu w Argentat, oczywiście na campingu, bo jest miło i tanio. Miasteczko jest położone w głębokiej dolinie nad rzeką Dordogne, przy sztucznym jeziorze, między wysokimi górami. Zupełnie jak zielone wzgórza nad Soliną.


Trasa rowerowa 1158003 - powered by Bikemap 

Dzień 9.: Vichy - Pontgibaud

Francja
72 km


Rano długo szykujemy się do wyjazdu. Na niebie wiszą ciemne chmury i kropi deszcz. Do tego odczuwamy trudy poprzedniego dnia i mamy raczej słabe humory. Zapada wspólna decyzja: musimy nadrobić trochę kilometrów i podjechać pociągiem. Na dworcu kolejowym w Vichy szukamy dogodnych połączeń, aby nadrobić jeden dzień. Niestety, ceny za przejazd pociągiem okazują się kosmiczne i rezygnujemy z tego pomysłu. Postanawiamy jechać dalej na dwóch kółkach, co niestety wiąże się ze zmianą planów. Rezygnujemy z przejazdu wysokimi przełęczami Masywu Centralnego. Ominie nas także spotkanie przez dwa dni wyścigu Tour de France. Opracowuję nową trasę dojazdu do Lourdes w 5 dni.

Zwiedzamy szybko miasto Vichy i jedziemy dalej. Na szczęście niebo się lekko rozpogadza i przestaje padać. Jest już koło południa, a my dopiero zaczynamy jazdę. Dziś nie uda nam się nabić dużo kilometrów. Początek drogi jest płaski, ale przed nami widać z daleka góry. Sprawnie dojeżdżamy do Riom. Miasto jest pięknie położone na górze, co nie dziwi, bo jesteśmy w Owernii, czyli w krainie wygasłych wulkanów. Robimy zakupy i po kilku kilometrach ok. 15:30 w miasteczku Marsat robimy postój obiadowy w parku koło merostwa. Rozpoczyna się bardzo długi podjazd. W sumie ok. 600 m! Po drodze zatrzymujemy się w uroczym miasteczku Volvic. Trudy podjazdów rekompensują nam przepiękne widoki na świat pod nami. To jest kraina wulkanów i zaczynają się prawdziwe góry. Całkiem sprawnie udaje nam się wjechać na wysokość 934 mnpm. A potem jest już tylko długi zjazd i zatrzymujemy się na noc na campingu municypalnym w Pontgibaud.


Trasa rowerowa 1157971 - powered by Bikemap 

Dzień 8.: Taizé - Vichy

Francja
140 km

W Taizé spędziliśmy cały dzień i to była dobra decyzja, bo pogoda popsuła się. Lało przez cały dzień, a nawet przyszła burza z piorunami. Staszek, Zbyszek, Grzesiek i Iwona pojechali do Cluny zwiedzać romańskie zabytki (i zmokli), a ja spałem, modliłem się i wypoczywałem. Wieczorem po modlitwie wysłuchaliśmy rozważania br. Aloisa i przyszykowaliśmy rowery na dalsze etapy Camino.

Ósmego dnia po Mszy św. i modlitwie porannej ze wszystkimi wyruszamy w dalszą drogę. Pogoda jest słoneczna. Wybieramy drogę trochę dłuższą, ale asfaltem, żeby nie jechać przez błota. Jedziemy do Paray-le-Monial drogą górzystą. Pokonujemy 200-metrowy podjazd, a potem pędzimy z górki. Staszek wyrywa do przodu i przejeżdża skrzyżowanie mimo sygnałów akustycznych z tyłu. Następuje drobne zamieszanie, musimy się odnaleźć telefonicznie, znowu zebrać grupę i wracamy na szlak, nadrabiając kilkaset metrów. W Paray-le-Monial nawiedzamy bazylikę i kaplicę objawień, gdzie Pan Jezus przekazał św. Małgorzacie orędzie dotyczące kultu Swego Najświętszego Serca. Jest upalnie, robimy więc przerwę obiadową w parku koło sanktuarium.

Po przerwie ruszamy dalej w upale. Czas szybko leci i pod koniec dnia dojeżdżamy do Lapalisse. Tam robimy zakupy tuż przed zamknięciem sklepu. Na licznikach już ponad 100 km, ale postanawiamy jechać aż do Vichy i tam szukać noclegu. Wieczorem jesteśmy wszyscy bardzo zmęczeni i głodni, ale udaje się dotrzeć do celu. W Macu jemy obfitą kolację i jedziemy na nocleg. Rozbijamy się na campingu miejskim o standardzie ***. To był bardzo ciężki dzień - przejechaliśmy w upale ponad 140 km. Wydaje się, że doszliśmy do granic możliwości naszych organizmów. Szybko rozbijamy namioty i zasypiamy.



Trasa rowerowa 1157528 - powered by Bikemap 

piątek, 30 września 2011

Dzień 6.: Neublans - Taizé

Francja
95 km

Ponieważ upał poprzedniego dnia dał nam się mocno we znaki, postanawiamy wyjechać jak najwcześniej, żeby się znowu nie smażyć. Pobudka jest więc o 6:00 rano i po śniadaniu wyjeżdżamy ok. 7:15. Wszyscy pozostali mieszkańcy campingu jeszcze smacznie śpią. Okazuje się, że nasze wyrzeczenie nie było potrzebne. Na niebie pojawiają się chmury i jest chłodniej niż poprzedniego dnia.
Po dwóch godzinach jazdy robimy pierwszy odpoczynek. Potem kolejne dwie godziny i znowu postój. Jedziemy przez wioski i małe miasteczka, ale cały dzień asfaltem i po płaskim.
W Sennecey-le-Grand zatrzymujemy się na dłużej. Najpierw robimy zakupy, a potem postanawiamy zjeść coś konkretnego na obiad w barze lub innej pizzerii, bo wszyscy są bardzo głodni. W końcu decydujemy się na bar z kebabami. Za niewielkie pieniądze najadamy się tureckim jedzeniem do syta. Kebab okazuje się o wiele lepszym rozwiązaniem kulinarnym niż maxi zestaw w Macu.

Późnym popołudniem dojeżdżamy do Taizé. Nasza mała grupka była wcześniej zgłoszona na dwa noclegi, więc bez problemów zostajemy przyjęci na welcomie, dostajemy kupony na jedzenie i rozbijamy się na polu namiotowym w sąsiedztwie hałaśliwej młodzieży z Holandii. Po kolacji idziemy do kościoła na wieczorną modlitwę ze śpiewami. Jak można było się spodziewać, jest bardzo dużo młodzieży, ale niewielu Polaków. Wieczorem siedzimy trochę w Oyaku rozmawiając z przybyszami z różnych krajów. W Taizé spędzimy cały kolejny dzień, aby przynajmniej w małym stopniu poznać klimat tego miejsca. Będzie to również okazja do odpoczynku i przygotowania się do dalszej jazdy, która będzie z pewnością bardziej wymagająca.


Trasa rowerowa 1157999 - powered by Bikemap 

czwartek, 29 września 2011

Dzień 5.: Thoarise - Neublans

Francja
67 km

Po Mszy św. w kaplicy domowej u naszych gospodarzy i pysznym śniadaniu przed domem ruszamy w upale w drogę. Na początku intensywnie smarujemy części ciała narażone na promienie słoneczne, bo żar leje się z nieba już od rana. Na szczęście długi odcinek jedziemy prostą drogą przez las i w cieniu. Droga jest przyjemna, bez dużych podjazdów i bez wiatru.
Trzeci dzień jedziemy przez Francję i powoli uczymy się tego kraju. Szokiem jest dla nas wysoka kultura kierowców, którzy traktują rowerzystów jak równorzędnych uczestników ruchu. Pozytywnym zaskoczeniem jest również bardzo dobry stan francuskich dróg.

Jutro wieczorem nocleg jest zaplanowany w Taizé, nie musimy więc naciskać mocno na pedały, bo przez dwa dni mamy do przejechania 150 km. Kiedy zbliża się wieczór decydujemy się nocować pod namiotami na campingu tuż nad rzeką Doubs. Kąpiemy się w rzece, jemy kolację, wypoczywamy, śpiewamy przy akompaniamencie ukulele i mamy wrażenie, że jesteśmy na wczasach, a nie na pielgrzymce.


Trasa rowerowa 1157512 - powered by Bikemap 

Dzień 4.: Ronchamp - Thoarise

Francja
102 km

Po śniadaniu przygotowanym przez przemiłego o. kapelana (smażone jaja z pomidorami) udaliśmy się na szczyt góry do kaplicy. Tym razem bez rowerów, na piechotę. Kaplica Notre Dame du Haut (Matki Bożej na Górze) w Ronchamp to obiekt, który chciałem zobaczyć na własne oczy od bardzo dawna. Chyba od dnia, gdy przeczytałem o nim w podręczniku do historii architektury w technikum (pozdrowienia dla p. prof. Ratajskiej). Dzieło le Corbusiera na żywo robi wielkie wrażenie. Na zewnątrz jest to monumentalna żelbetowa rzeźba, a wnętrze promieniuje niezapomnianą atmosferą. W słoneczny dzień chciałoby się siedzieć od świtu do zmierzchu, kontemplując grę barw, świateł i cieni.

Po Mszy św. w kaplicy kapelan opowiada nam jeszcze trochę o budynku, historii jego powstania oraz o trwającej budowie zespołu klasztornego, zaprojektowanego przez słynnego włoskiego architekta Renzo Piano. Wracamy do miasteczka, żegnamy się z miłymi zakonnikami i ruszamy w drogę. Słońce świeci mocno, ale upał łagodzi wiejący wiatr. Droga prowadzi przez małe wioski i pagórkowate rejony. Upał jest coraz większy, więc szukamy cienia i robimy długą przerwę w lesie. Po południu nie jedziemy długo, bo koło Cirey naszym oczom ukazuje się niewielkie jeziorko i robimy kolejny odpoczynek, tym razem połączony z kąpielą. Dziś już wiem, że to jeziorko, to zakole rzeki Ognon. Przed Besançon spotykamy ostry podjazd, a że upał nie zelżał, jazda kosztuje nas sporo sił. Na szczęście dalsza droga tego dnia prowadzi już tylko w dół do samego miasteczka Thoarise, gdzie mamy umówioną kwaterę. Dziś nocujemy w domu u znajomej rodziny. Doświadczamy dobrego serca pani gospodyni, która przygotowuje dla nas smakowitą kolację.


Trasa rowerowa 1157262 - powered by Bikemap 

Dzień 3: Sigmaringen - Ronchamp

Niemcy, Francja
95 km

Wstajemy o 6:00 i szybko zwijamy dzikie obozowisko, żeby nas nikt nie nakrył. O 7:29 wyjeżdżamy pociągiem do Neustadt w Szwardzwaldzie. Za oknem podziwiamy przepiękne widoki. Trasa kolejowa wije się między górskimi zboczami. We Freiburgu jemy wczesny obiad w Macu i jeszcze jednym niemieckim pociągiem jedziemy do Neuenburga. Wreszcie zaczyna się prawdziwa wyprawa. Jesteśmy już przemęczeni długą podróżą pociągiem i częstym przesiadkami.

Przekraczamy Ren i wjeżdżamy do Francji. Na początku jest płasko i pędzimy z wiatrem jak szaleni w gorących promieniach słońca. Za Mulhouse zaczynają się podjazdy. Robimy dłuższy odpoczynek z posiłkiem na gorąco na leśnym parkingu przy drodze. W Belfort chcemy zrobić zakupy, ale w niedzielę w laickiej Francji wszystkie sklepy są pozamykane. Mamy dobre tempo i dzięki temu mamy nadzieję dotrzeć wcześnie do Ronchamp, gdzie jest planowany nocleg. 10 kilometrów przed miasteczkiem musimy zrobić przerwę, bo Grzegorz odczuwa silny ból w kolanie. Czyżby odnowiła mu się majowa kontuzja? Na polanie w lesie odprawiam Mszę św. i odpoczywamy dłuższy czas. Ból kolana łagodnieje, więc możemy jechać dalej. Podjazd do kaplicy w Ronchamp jest tak stromy, że musimy wpychać rowery pod górę. Przy kaplicy trwa właśnie impreza chóru z Freiburga, który chwilę wcześniej skończył koncert. Jesteśmy bardzo głodni i spragnieni, więc z wdzięcznością przyjmujemy zaproszenie na kolację. Opowiadamy o naszej wyprawie, śpiewamy piosenki przy akompaniamencie ukulele i wypytujemy o możliwość noclegu. Przy kaplicy nie ma za bardzo miejsca, ale kapelan zaprasza nas do miasteczka. Zjeżdżamy z szaloną prędkością (70 km/h) i nocujemy w starym domku koło plebani. Najważniejsze, że jest prysznic i możemy się odświeżyć po ciężkim pierwszym dniu jazdy. Z kolanem Grześka nie jest tak źle, jak się wydawało kilka godzin wcześniej.

Ten dzień był pierwszym sprawdzianem naszych możliwości. Ocena jest pozytywna. Wszyscy dają radę jechać, rowery są sprawne, humory dopisują. Jest to pierwszy wyjazd w tym składzie, ale widać, że nie potrzebujemy specjalnie "docierać się". Póki co jesteśmy jednomyślni i wszystko wskazuje na to, że dojedziemy do celu bez większych konfliktów.


Trasa rowerowa 1157259 - powered by Bikemap 

czwartek, 14 lipca 2011

W ciepłym deszczu do Groty

Po burzliwej nocy nie chciało się wstawać. Ale trudno. Kolejny etap z Auch jest prostszy, choć pod górę, w Pireneje. Od rana pada z małymi przerwami i zrywani ulewy. Ale nic to. Jedziemy. Dość sprawnie, niewiele się zatrzymując, dojeżdzamy po południu do Lourdes. O 21 uczestniczymy w procesji różańcowej. Tłumy ludzi z całego świata. Następnego dnia po Mszy i śniadaniu jedziemy znowu do sanktuarium na zwiedzanie i modlitwę. Dziś przed nami najdłuższy etap, ale ciągle w dół, z gór do oceanu. W Lourdes spotykamy pierwszą pątniczkę do Composteli, Japonkę.

wtorek, 12 lipca 2011

Jeden krok od Lourdes

Nocleg nad rzeką pod gołym niebem to był dobry pomysł. Po wczorajszych upałach dziś postanowiliśmy wyruszyć o świcie. Udaje się o 6 rano. Pięknie wygląda miasto Cahors o tej porze. Na początek dnia podjazdy i zjazdy. Potem płasko i szybkie tempo. W południe robimy długi odpoczynek, obiad i leżakowanie. Niestety, błogi spokój zostaje gwałtownie zakłócony atakiem wściekłych os, których gniazdo naruszył błękitny rower Michała. Bilans krótkiej walki: 2 użądlenia Michała i jedno Iwony. Poza bólem, pieczeniem i spuchnieciem nie było większych obrażeń. Po południu jedziemy dalej. Znowu pagórki. Na szczęście bez słońca, a na koniec dnia przychodzi nawet burza. Nocujemy pod Auch na uroczych wzgórzach. Jest WiFi, więc zaraz pośle kilka zdjęć. Dziś przekroczyliśmy 1000 km!

poniedziałek, 11 lipca 2011

Upalna wędrówka

Jedziemy! Kolejne etapy za nami. Wczoraj 140 km zakończone zjazdem z 500 na 185 m, a dziś kolejne 113 również z pięknym zjazdem na koniec. Dziś było tak gorąco, że nie dało się jechać w dzień i czekaliśmy w cieniu. Jechaliśmy po południu do 22.30. Śpimy pod gołym niebem w Cahors nad rzeką. Jutro znowu upały.

sobota, 9 lipca 2011

Wspinaczka po wulkanach

Wczoraj nawiedziliśmy sanktuarium Paray-le- Monial i dotarliśmy do Vichy. Dziś rano przywitały nas krople deszczu, ale przez cały dzień tylko straszyły chmury. Jesteśmy już w Owernii, czyli wśród wygasłych wulkanów. Dziś był dzień wspinaczki aż na wysokość 903 m. Jutro więc będzie w dół:)

czwartek, 7 lipca 2011

Przyjemne chłody Burgundii

Po upalnym dniu postanowiliśmy wyjechać jak najwcześniej, żeby się nie usmażyć do końca. Udaje się ruszyć o 7 rano. Na szczęście niebo było zachmurzone i chłodził nas wiatr. Jadąc przez piękne wioski Burgundii docieramy po południu do Taize. Jeden dzień i dwie noce spędzimy tu z braćmi i młodzieżą. Przyda się trochę odpoczynku przed jazda w górach.

wtorek, 5 lipca 2011

Pielgrzymka to, czy wczasy?

Ku pokrzepieniu czytelników z Zakopca informuję, że dziś za nami kolejny upalny, bezchmurny etap. Po nocy spędzonej w zamku, Mszy św. i pysznym śniadaniu nad rzeką ruszyliśmy w drogę. Teraz jedziemy do Taize, gdzie zapowiedzielismy się jutro na kolację. Dziś droga wiedzie przez małe wioski i długo przez las, akurat w najgoretszej porze. Robimy dwa długie postoje. Ok. 18 po zrobieniu 70 km widzimy rzekę, wczasowiczów i camping. Decyzja jest jednomyślna- zostajemy na nocleg. W zachodzącym słońcu kąpiemy się i jemy kolację. Jutro wyruszamy bardzo wcześnie, żeby uniknąć upałów.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Setka pełnym słońcu

Dziś pękła pierwsza setka. A dzień zaczął się od Mszy w kaplicy Ronchamp. Potem śniadanie z kapelanem i w drogę! W pełnym słońcu ciągle w górę i w dół. W środku dnia robimy długi odpoczynek w lesie, a po południu kąpiel w jeziorku. Wieczorem docieramy na nocleg w zamku koło Besancon. Jesteśmy zmęczeni, spaleni, ale najedzeni i szczęśliwi.
PS. Specjalnie na życzenie Pawła foto.

niedziela, 3 lipca 2011

Pielgrzymka na serio

Dziś zaczęła się pielgrzymka na serio. Po nocy spędzonej pod gołym niebem dojechaliśmy pociągami do granicy francuskiej i zaczęła się jazda na dwóch kółkach. Dużo górek, dużo słońca. Msza połowa na leśnej polanie. Udało nam się dojechać zgodnie z planem do Ronchamp. Jutro rano Msza w kaplicy Le Corbusiera. Ale tu pięknie. Dziś śpimy w starym domku i mamy nawet prysznic, choć z zimną wodą. Dystans 95 km z pustym żołądkięm, bo wszystkie sklepy pozamykane. Kapelan Ronchamp na szczęście podarował nam coś na kolację.